
Wrzesień, po wakacyjnych wydatkach, to miesiąc, w którym wielu z nas patrzy na paragon uważniej niż zwykle. I właśnie wtedy wraca odwieczne pytanie: czy produkty marek własnych sieci handlowych naprawdę ustępują tym markowym, czy płacimy głównie za reklamę i ładniejsze opakowanie? Zamiast teoretyzować, najlepiej zrobić domowy test koszyka — porównanie kilkunastu codziennych produktów w obu wariantach. Wnioski bywają zaskakujące.
Tajemnica poliszynela brzmi: znaczną część produktów marek własnych produkują te same fabryki, które wytwarzają towary znanych brandów. Mleko, masło, mąka, cukier, makarony czy mrożonki często schodzą z tych samych linii produkcyjnych, a różni je etykieta i cena — niższa zwykle o 20–40 procent. Sieci nie wydają pieniędzy na reklamę tych produktów ani na projektowanie wymyślnych opakowań, i to widać w cenie końcowej. Nie znaczy to, że wszystko jest identyczne: receptury bywają uproszczone, a skład krótszy lub dłuższy — dlatego porównywanie etykiet to podstawa całej zabawy.
Produkty proste, jednoskładnikowe, to teren, na którym marki własne nie mają się czego wstydzić. Cukier to cukier, ryż to ryż, a mąka pszenna typ 500 nie zna pojęcia prestiżu. Podobnie z wodą mineralną, solą, kaszami, olejem rzepakowym i większością mrożonych warzyw. W tych kategoriach przepłacanie za logo jest czystą stratą — różnicy nie wykryje ani domowy kucharz, ani gość przy stole. Świetnie wypadają też podstawowe produkty mleczne: masło extra musi z definicji mieć co najmniej 82 procent tłuszczu, niezależnie od tego, czyja nazwa widnieje na opakowaniu.
Schody zaczynają się przy produktach złożonych: wędlinach, słodyczach, daniach gotowych, sokach i kawie. Tu receptura robi różnicę — zawartość mięsa w parówkach, procent kakao w czekoladzie czy udział soku w napoju potrafią się wyraźnie różnić i cena bywa niższa nie bez powodu. Zasada jest prosta: porównujemy skład i wybieramy świadomie, bo czasem tańszy zamiennik okazuje się lepszy od oryginału, a czasem oszczędność 3 zł oznacza produkt z zupełnie innej półki jakościowej. W moim domowym teście największym zaskoczeniem była kawa — tania okazała się nie do odróżnienia w porannym ekspresie, choć nastawiałem się na rozczarowanie.
Mechanika jest banalna. Wybieramy 10–15 produktów kupowanych co tydzień i przez dwa tygodnie kupujemy je w wersji markowej, notując ceny. Przez kolejne dwa — w wersji marki własnej. Porównujemy paragon i wrażenia domowników, najlepiej bez zdradzania, co jest czym. Typowy wynik takiego eksperymentu to oszczędność rzędu 15–30 procent na koszyku spożywczym przy zmianie części produktów — bo nie chodzi o dogmatyczne przejście na najtańsze wszystko, tylko o znalezienie własnej listy zamienników, które bronią się smakiem. Wrzesień to dobry miesiąc na taki test. Budżet po wakacjach podziękuje, a lista zostanie na lata.